<monkey><img src="img/nushu_napis.jpg" alt="" width="48" height="24" border="0" hspace="10" vspace="0">
<b>Otwieram okna na pięć różnych deszczy</b>
<br>Prywatność w sztuce jest jej siłą wyrazu i niebezpieczeństwem dla twórcy.
<br><br>Jak ona wygląda?<br>Elżbieta Terlikowska, artystka  dynamit.<br><br>
&nbsp;&nbsp;&nbsp;&nbsp;Przepojona egzotycznym tornadem kolorów, które trzyma w ryzach jak mało kto. Bezwzględna dla głupoty, próżności i fałszu, pełna zrozumienia dla ludzkich słabości, o wspaniałej inteligencji, wyrazistym, przenikliwym spojrzeniu zostawia zawsze za sobą smugę gorzkich perfum. A one rozpylone przez szantungi i jedwabie jeszcze długo po jej przejściu snują się między kamieniczkami wrocławskiego rynku, gdzie ma pracownię. Dla przyjaciół Lalka. Pracoholiczka, lecz nie zdarzyło się, aby nie znalazła dla nich czasu, kiedy potrzebują wsparcia. Druga w nocy piąta nad ranem… nie ważne. 
<br><br>
&nbsp;&nbsp;&nbsp;&nbsp;Lalka. Tak dużo energii, tak dużo miłości do świata, inności ludzkiej, tak dużo smutku w kącikach ust na jej obrazach. W smutku doszła do perfekcji. Zbyt wcześnie napiętno-wana odejściem wielu ukochanych ludzi i zwierząt  całymi latami maluje, tka, szyje, klei makrokosmos dusz, wiwisekcję cierpienia, przemijania urody, usychania życia. Dusze swoich obiektów obleka w estetyczne cuda, które jeszcze bardziej, bo piękne dodają jej sztuce goryczy.
<br><br>
&nbsp;&nbsp;&nbsp;&nbsp;Lalka. Często widuję ją w towarzystwie olbrzymich rulonów i dziwnych, większych od niej worów i pakunków z przedmiotami i materiałami potrzebnymi do pracy, które potem z bolącymi kolanami taszczy na piąte piętro starej kamienicy, by tam pracować tygodniami nad kolejną gigantyczną wystawą lub scenografią i kostiumami rojącymi się od detali. Gdzieś na kontrze pojawia się śmiech i jedyne w swoim rodzaju poczucie humoru. 
<br><br>
&nbsp;&nbsp;&nbsp;&nbsp;Lalka. Uwielbiam jej wernisaże. Atmosferę i te wszystkie prace zgromadzone w jednej przestrzeni. Boże! Jak to działa! To tak, jakby wypić piwnicę dusznego, gęstego, niebezpiecznie aromatycznego czerwonego wina. Zanurzyć się w słońcu jego bukietu tak, jak ja zawsze zanurzałam się w słowach jej kolorów, w ikebanach jej obrazów. 
A ona sama jest kroplą tego czerwonego wina, drążącą czas po którym stąpa. Kroplą rozświetloną słońcem, w której jak w lustrze odbijają się smutek i piękno doczesności.
<br><br>
&nbsp;&nbsp;&nbsp;&nbsp;Bo w gruncie rzeczy Elżbieta Terlikowska, choć do tego się nie przyznaje, jest artystką słońca. Świadczy o tym dobitnie jej uśmiech, kiedy bywa szczęśliwa. A bywa, bo kocha ludzi i ciągle mówi o tym w swojej sztuce, którą im poświęca i dedykuje. Teraz galerię zaludniła obiekto istotami z całym bagażem sepii własnych wspomnień. Pięć różnych kobiet pisanych obrazami. Znała, bądź zna je wszystkie. Matka, siostra, przyjaciółki… Wiadomości intymne o ich życiu i wzajemnych relacjach użyła jako pretekst do wizualnej podróży przez kobiece stany emocjonalne. To uniwersalny przekaz. Jego wyrafinowany estetyzm połączony z psychologicznym użyciem kreski, faktury, formy, symbolu, multipli-kacji sprawia, że ekspozycja co prawda w pierwszym rzędzie przeznaczona do wywołania emocji estetycznych, staje się pamiętnikiem z życia. 
<br><br>
&nbsp;&nbsp;&nbsp;&nbsp;Jej elementy, to kartki pięciu tajemnic. Ich duchowe domy. Niedostępne dla obcych i wrogich zamiarów. Skrzętnie skrywane, pielęgnowane w ukryciu i święte dla artystki, jak tajemne NUSHU nietykalne do dzisiaj pismo kobiet, jedyna ich broń gwarantująca zachowanie siebie, a często życia.
<br><br>
&nbsp;&nbsp;&nbsp;&nbsp;Otwieram okna. To wolność. Oddycham powietrzem pięciu różnych deszczy. Ich krople spokrewnione z losem tej samej kobiety. Szum kropli łączy się w pokoju sztuki. Padają tajemnicze słowa NUSHU pięciu kobiet w czasie wielogodzinnych rozmów w pracowni i w domu malarki.
<br><br>
&nbsp;&nbsp;&nbsp;&nbsp;Ta wystawa jest jej NUSHU do nas. Właścicielek cierniowych koron przetykanych różami, tęsknot z których wyfruwają motyle, wszystkich tych sukien pięknych i okrutnych, przytłaczających ciężarem życia, parzących twarz woalek, koronek z kwasu solnego codzienności, oczu z krwawiącymi krzyżami śmierci. Do nas. Posiadaczek subtelnych dusz i zdeformowanych chorobami ciał, unurzanych we krwi, nieprzespanych z bólu nocy. Do. Nas. Właścicielek kilku grobów, kilkunastu kolaży zgryzot, niespełnionych potrzeb, pragnień, miłości i zaprzepaszczonych talentów.
<br><br>
<b>Moje NUSHU do Elżbiety Terlikowskiej.</b><br><br>
&nbsp;&nbsp;&nbsp;&nbsp;Kiedyś położyłaś mnie na blejtramie. Obrysowałaś moje ciało. Pamiętam, że kiedy ołówek dotykał wnętrza ud, śmiałam się, bo strasznie mnie łaskotało. Na obrazie dostałam wtedy od Ciebie głowę dziwnego ptaka, a Ty za to nagrodę, bo praca była wystawiona w konkursie. I tak już zostałyśmy od 1976 roku. Zawsze pomogłaś mi w cierpieniu. Nie mam też najmniejszych wątpliwości, że zawdzięczam Ci trening wrażliwości estetycznej, umiejętność patrzenia na sztukę i czerpania z tego przyjemności.
<br><br>Barbara Łuszczyńska, Wrocław, sierpień w deszczu 2006 roku
</monkey>

